Moje przygody z FPV, czyli jak nauczyłem się latać cz. 6

<< Część 5

Listopad 2015 r.

W listopadzie postanowiłem przerobić swój obecny hexacopter (6 silników) na 8 w układzie X (po dwa silniki na ramieniu mocowane przeciwstawnie). Głównym założeniem było zmniejszenie rozmiarów modelu niewielkim kosztem. Tak wiem, są już na rynku składane ramy, ale póki co nie mam przekonania do tych rozwiązań, poza tym kosztują sporo. Póki co nie chcę iść w koszty, gdyż docelowo pewnie przejdę na jakieś gotowe rozwiązanie (jest już sporo dobrych modeli z gotowym osprzętem) i szkoda byłoby wylewać nowy asfalt na drodze, która może być za chwilę rozkopana.

Wracając do meritum. Śmiało można powiedzieć, że realizacja powyższego planu to był bieg z przeszkodami. Po pierwsze udało mi się kupić w Multirotor ostatnie dwa silniki z tego samego typu jakie posiadam. Uffff…. Po drugie, zamówiłem w PerfectHobby rury z włókien węglowych i wycięcie w CNC większych podstawek pod silniki (w tych starych korpus silnika przeszkadzał w skręcaniu boomblocka). Pan Robert z PerfectHobby miał zdaje się z tym zamówieniem same przygody, ale duży plus dla niego za cierpliwość i podejście do klienta.

Styczeń 2016 r.

Obserwując dotychczasowe wpisy, spodziewajcie się, iż zanim coś tu zaktualizuję, to będzie sylwester. Tym niemniej, zmieniło się trochę ostatnio w moim życiu zawodowym i aktualnie mam więcej czasu i chęci na hobby.

Do całości doszła stara CP (tzw. Center Plate – płyta centralna) ze starego oktokoptera. W styczniu zacząłem montaż:

Teraz czekam na próbny oblot i kalibrację modelu bez osprzętu. Jak się uda, zacznie się montaż gimbala i downlinku.

Jeśli miałbym podsumować styczeń, to był ciekawy miesiąc pod względem tego hobby. Po modyfikacji swojej starej hexy na okto (przejścia z 6 na 8 silników) jechałem na próbny oblot z mieszanymi uczuciami. Po raz pierwszy nie z obaw, że może coś pójść nie tak, ale z samego faktu przyspieszenia decyzji o zmianie platformy. Choć przebudowany dron miał nadzyczaj dobrą dynamikę lotu i zawisu (o dziwo lepszą niż modele z sześcioma i ośmioma silnikami na własnych ramionach) to zacząłem poważnie myśleć nad tą zmianą.

Zapalnikiem do pojawienia się tych myśli był ten film:

Większość z Was powie, że zajefajne ujęcia, a ja powiem iż widzę po prostu kolejny film typu „Polska jest super” wypełniony w 100% ujęciami z drona (co w produkcjach nieamatorskich jest postrzegane jako błąd – powinno się brać kadry kręcone różnymi technikami). Tym niemniej, kadry są bardzo przemyślane i warte uwagi, a niektóre przykuwają uwagę na dłużej. Widzicie pierwsze 20 sekund? Ja widziałem. Widziałem też oczami wyobraźni jak mógłbym podobny poranek nakręcić na LHS i wpisać w obraz jadący pociąg. Podobnie z najazdem na las z nad tafli jeziora gdzie widać dalej klasztor (to chyba Wigry są).

Ale nie sam film, lecz komentarze pod nim zainspirowały mnie do zastanowienia się nad zmianą platformy. Film nie został nakręcony przy pomocy jakiegoś profesjonalnego drona za pięciocyfrową kwotę, czy takiego jak mój amatorskiego hi-liftera z podczepioną lustrzanką, lecz Phantoma 3 z kamerą 4K (wersja Advanced lub Professional). Koszt takiego drona to w tej chwili, w zależności od wersji 5 do 6 tysięcy złotych. W skład zestawu wchodzi sam model z zabudowaną na gimbalu kamerą 4K (która jak widać robi przyzwoite ujęcia, choć pewnie to co z niej wyjdzie wymaga i tak doszlifowania w postprocessingu). Do tego jest LightBridge, czyli system DJI umożliwiający przesyłanie obrazu na ziemię (w wersji Advanced zdaje się w HD720p, w Pro jest to Full HD) oddzielnie kosztujący 4 tyś. PLN. Do tego czas lotu wynoszący 15-20 min (15 potwierdził mi jeden z modelarzy), co chowa się przy obecnych 6-7… I to wszystko mieszczące się w większym plecaku za ogólną cenę, która zniechęca do samodzielnej budowy porównywalnego modelu. Zastanawiałem się prawie tydzień i z pewnym żalem podjąłem decyzję o przejściu starego modelu na emeryturę. Zadecydowała głównie wielkość zestawu i możliwości jakie to ze sobą niesie np. zasięg linku video na 2km, choć znane są przypadki lotów na 3 i więcej km (sama aparatura pozwala na loty w zasięgu wzroku do 5km). Nie latam na duże dystanse, ale kto wie…

 

Tym, którzy nie czytali historii od początku muszę jednak wyjaśnić że rok temu Phantoma 3 jeszcze nie było. Były co prawda dostępne wersje Phantom i Phantom 2, ale posiadały wiele mankamentów, które decydowały o tym, że nie byłem nimi zainteresowany, bo ówcześnie platforma zbudowana samodzielnie dawała większe pole do realizacji filmów. Obecnie role się odwróciły, Phantom 3 ma wiele cech wspólnych z DJI Inspire 1 używanym do  profesjonalnych produkcji filmowych, ale jest przeznaczony dla „półprofesjonalistów” z okrojoną funkcjonalnością za połowę ceny. Przy czym, żeby było jasne, kamera Inspire 1 nie zastąpi jakiejkolwiek lustrzanki czy innej kamery profesjonalnej (szczegóły na tym filmie w języku angielskim).

Teraz miałem porządnego kaca moralnego, bo – przypomnijmy – swój model od początku robiłem z przeznaczeniem pod lustrzankę, choć po roku zmagań okazało się, iż dobrej jakości obraz może dostarczyć kamera Mobius, która waży sporo mniej (tak, wtedy jak projektowałem model pod lustrzankę na rynku była jedynie GoPro, którą wcześniej utopiłem na dnie starorzecza Nidy). I od tego czasu latałem porządnym „żyrandolem”, aby unieść pudełko od zapałek. Podstawowym mankamentem poza przerostem formy nad treścią były problemy z gimbalem (zawsze jak pojechałem na LHS coś tam z nim nie działało, głównie przez filigranowe złącza i kable) ograniczony czas lotu (6-7 minut) i  wielkość tego zestawu. W tym ostatnim przypadku, zabranie modelu oznaczało zajęcie tylnej kanapy w aucie (po przejściu na X8 udało się to zredukować do objętości jednego pasażera), wrzucenie dwóch do trzech walizek z peryferiami (aparatura, FPV, akumulatory) i statywu z antenami. Jeśli dodam, że nie mam auta typu kombi to faceci zrozumieją co się działo. Zazwyczaj więc kręciłem zabierając mniej klamotów i pilotując klasycznie z ziemi bez podglądu FPV.

Po lewej stary, po porawej nowy. Pod spodem akumulatory każdego z nich.
Po lewej stary, po prawej nowy. Pod spodem dla porównania akumulatory każdego z nich (czas lotu na starym to 6 minut, na nowym 20…).

Phantom 3 to inna era. Można robić w zasadzie to samo mając to wszystko w jednym większym plecaku czy walizce. Poza tym niezaprzeczalnym faktem (nigdy nie zapomnę jak z pomocą kolegi taszczyliśmy przez dwa kilometry w jedną stronę 2 walizki, statyw, antenę i model aby nakręcić ujęcia kompasu wyciętego w środku lasu pod Bukownem – patrz foto poniżej), to start modelu i rozpoczęcie kręcenia zdjęć od momentu wyjęcia z plecaka to jest kilka minut.

Ze starym modelem dużo czasu pochłaniało samo ustawienie i odpalenie aparatury FPV (rozstawienie statywu, podłączenie kabli, odpalenie linku video, etc). Generalnie jechanie gdzieś aby nakręcić coś sensownego z powietrza oznaczało pół dnia wyjętego z grafiku.

Po kilku dniach przemyśleń, obejrzeniu kilkudziesięciu filmów, przeczytaniu kilku artykułów, paru telefonach i wymianie maili podjąłem decyzję o zakupie Phantoma. Jako, że moje obcowanie z modelarstwem RC i związanymi z tym zakupami nie obfituje w wiele pozytywnych historii (do tej pory o ile pamiętam były trzy lub cztery), każdą następną warto wspomnieć. Model postanowiłem nabyć w firmie RCPro z Rybnika. Całej historii związanej z zakupem nie będę Wam przytaczał, jednak faktem jest, iż z poziomu jakości obsługi klienta  i całego zakupu  – jak to mawia młodzież – jestem „mega zadowolony”.  Panowie wiele obiecali, i słowa dotrzymali, a nawet dołożyli od siebie więcej niż zapowiedzieli. Niestety w naszym kraju wciąż mamy jeszcze wielu handlowców, którzy podążając za chęcią zysku na ogół mają w tylnej części ciała klientów, którzy zostawili swoje pieniądze i wysłano im towar. Przypadek RCPro, a także X-Drony.pl (kupowałem tam plecak na model) i wcześniejszy PerfectHobby z Krakowa pokazuje, że są też profesjonaliści dbający o to, aby klient przyszedł do nich po coś jeszcze gdy będzie czegoś potrzebował.  Da się? Da.

Model przyszedł następnego dnia po zamówieniu. Krótko o tzw. unboxingu – jest to ARF (ang. Almost Ready to Fly) czyli jest prawie gotów do lotu po wyjęciu z pudełka. Do latania potrzebuje założenia śmigieł i podpięcia do aparatury telefonu z zainstalowaną aplikacją DJI GO. W praktyce trzeba też spędzić kilka godzin na przymusowym upgrade firmware’u modelu, gimbala, aparatury i… baterii. Ci, którzy nie latali dronami, mają możliwość poćwiczenia na dołaczonym do apki symulatorze.

Podsumowując, pierwsze wrażenia są jak najbardziej pozytywne. Do tego jest to sprzęt DJI, czyli wiele osób go sprawdziło i jest pewność, że „nie ma lipy”. Jednakże mimo faktu, iż sprzęt ten ma wiele zalet posiada też zapewne jakieś wady (tradycyjnie powinno tu paść zdanie „wyjdą w praniu”). Pewien niedosyt budzi u mnie fakt, że DJI nie zadbało o kosmetykę. Wydaje mi się, że jak na rzecz, na którą człowiek wydaje kilka tysięcy złotych, nie powinno byc konieczności oddzielnego dokupienia smyczy do aparatury (umożliwia zawieszenie jej na szyi zamiast trzymania w rękach, koszt 65PLN) oraz zaślepki obiektywu kamery (10 zł). Choć w pierwszym wypadku pewnie wyszli z założenia, że Phantom będzie pilotowany w pozycji siedzącej (obecnie staje się to standardem) a nie stojącej jak robi to jeszcze wielu modelarzy. Na plus można jednak zaliczyć w środku komplet 4 zapasowych śmigieł i damperów do gimbala.

Luty 2016

Nowy model udało się w końcu oblatać w czasie jednego z weekendów, choć luty w tym roku jest miesiącem o zmiennej aurze pogodowej i plączą się wszelkiego typu infekcje grypopochodne, co skutecznie uniemożliwia jakąkolwiek rekreację.

IMG_6133

Pierwsze ogólne wrażenie po locie, to że jest to inna era. De facto nawet dwie, bo po Wookongu (którego mam w starym modelu), było A2,  a potem Inspire którego funkcjonalność włożono w Phantoma 3.

Inne spostrzeżenia:
– Parafrazując znany cytat z pierwszej części „Shreka” – „on lata!”. Lata i nawet gada! Jak się wciśnie take-off (odlot) to panienka z apki w telefonie mówi, że model startuje.  To nie jest może najważniejsze spostrzeżenie, ale pierwsza myśl jaka mi przyszła do głowy po starcie :)

- Całość modelu z peryferiami zabiera się jednym plecakiem (poprzednio 3 walizki, statyw, pełno innego towarzyszącego „badziewia”). To udogodnienie sprawia, że człowiek bazujący na doświadczeniach takich jak moje cały czas odnosi wrażenie, iż czegoś nie wziął.

- Gotowość do startu to w sumie 5-10 minut,  proces ogranicza się do wyjęcia modelu, założenia śmigieł, rozłożenia aparatury, podłączenia telefonu, rozgrzania się elektroniki modelu i złapania FIX’a przez moduł GPS. Liczba czynności ograniczona do absolutnego minimum i to mi się podoba.

- Można startować samemu, albo zdać się na automatykę robiącą samemu start i wznoszenie drona do wysokości 1.2m. To samo z lądowaniem. Trzeba przyznać, że jest to spore ułatwienie.

- RTH (Return To Home), działa bez pudła. W Wookongu nie miałem okazji korzystać z tej procedury, uruchamiało się to dźwignią i nie zawsze działało mimo zapamiętania pozycji.

- Stabilizacja kamery jest godna podziwu. Obraz to jest absolutna „żyleta”. Nie było jakiegoś dużego wiatru, ale wielokrotnie obserwowałem jak modelem szarpało i nie widać nigdzie na filmie wibracji czy zafalowania horyzontu związanego z niewłaściwym działaniem stabilizacji.

- W pierwszej chwili można zwariować od mnogości funkcji i wyskakujących rzeczy na ekranie. Zrozumienie wielu z nich wymaga niestety czasu i treningu. Plusem jest to, że z reguły wszystko działa intuicyjnie (w WK-M tak nie było). Niestety symulator nie do wszystkiego przygotowuje i momentami można było wpaść w panikę, zwłaszcza gdy operuje się z małego ekranu komórki, a nie tabletu.

- Jedną z ciekawszych rzeczy jest tryb „follow me”. Włącza się gps w komórce, i ta podaje modelowi pozycję osoby sterującej. Idąc, model przemieszcza się sam w odniesieniu do niej. Naprawdę niezwykłym przeżyciem jest fakt, gdy idzie się z aparaturą w ręku i model leci obok sam. Można żartobliwie rzec, że jest to wyprowadzenie go „na spacer” niczym pupila.

- Czas lotu jest nieporównywalny. Mam nawyk ustawicznego kontrolowania czasu lotu w związku z pojemnością baterii. Tu po pierwsze jest telemetria, więc od razu widać ile zostało. Aplikacja podaje też szacunkowe wartości w stosunku do odległości – jeśli odlecieliśmy gdzieś daleko od razu wiadomo kiedy czas wracać. Pewnym minusem jest to, że ponizej pewnego progu baterii awionika (elektronika modelu) nie pozwala już na ostrzejsze latanie (moc silników jest ograniczona), aby nie drenować akumulatora.
Jednak ogólny wniosek jeśli chodzi o czas latania jest taki, że jest go naprawdę sporo. Dotychczas moim rekordem było 7 minut lotu, tu jest prawie 20. I trzeba przyznać, że 10 minut lotu przy zajęciu typu filmowanie pociągu jest wartością wystarczającą. Więcej pozwala po prostu bardziej poszaleć, albo wykonać dwa loty na jednym naładowaniu.

Podsumowując, pozostaje czekać na lepszą pogodę i wyjazd na LHS, aby rozpocząć testowanie możliwości modelu w „warunkach bojowych”. Co z tego wyjdzie? Tradycyjnie, zobaczymy „w praniu”.

Marzec 2016

IMG_5964

Na początku marca miałem okazję pojechać na kilka dni na LHS. Głównym celem tego wyjazdu był odpoczynek, gdzieś tam w tle była to również chęć przetestowania nowego sprzętu. Nie było pomyślnych prognoz pogody na ten okres, także prawie wszystkie zdjęcia i filmy jakie nakręciłem pozbawione są blasków słońca. Dzięki temu, wyjazd miał charakter głównie treningowy.

Pierwszy lot miał miejsce nad Wisłą. Przy zimnym powietrzu i kostniejących palcach miałem okazję wykonać kilka przelotów i próbnych zdjęć. W ciągu kilku następnych dni udało się też pofilmować pociągi, prace manewrowe na stacjach i szlaku. Co z tego wyszło z pewnością zobaczycie na filmie z LHS, który jest w montażu. Aktualnie mogę polecić to co sfilmowałem w Chałupkach, podczas obchodów rocznicy katastrofy kolejowej, jaka miała tam miejsce cztery lata temu.

Pierwszym wnioskiem jaki mam po tych kilku dniach spędzonych wspólnie z Phantomem to jest fakt, iż mogę ten zakup zaliczyć do udanych. W zasadzie liczba zalet przyćmiewa jakiekolwiek wady. Od 1 marca mamy zresztą na rynku model Phantom 4 będący następcą „trójki”. Nie różni się on zasadniczo, nie wprowadza też jakichś megaistotnych zmian, które powodowałyby chęć oddania tego i zakupu następnego. Wracając jednak do tematu, kilka moich spostrzeżeń na temat mojego modelu:

1. Definitywnie latanie tym modelem jest proste gdy ma się doświadczenie. To nie jest zabawka, która sama lata, albo jest dziecinnie prosta w obsłudze. Nie mając doświadczenia i obycia z dronami lepiej mieć trochę respektu i nie rzucać się na głęboką wodę kupując taki model.

2. Stara maksyma fotografów mówi, że zdjęcia w 90% robi człowiek. Kilka osób widząc powyższy film od razu zapytało „czym kręcone?”. Trzeba mieć jednak świadomość, że bez obycia w lataniu, a także „jakiegoś” doświadczenia filmowego można nakręcić owszem ciekawe ujęcia, ale co z tego gdy nie będą się one trzymać całości po montażu. Tak więc posiadanie drona mistrzem nie czyni.

3. Stabilność obrazu jest porażająca. Zdjęcia robione w Chałupkach (film powyżej) wykonywałem przy dość sporym wietrze, model wydawał się być stabilny w powietrzu (jedynie Toilet Bowl Effect czasem widać, ale wynika to też z niedoskonałości GPS). Nigdy nie uzyskałem takiej stabilizacji obrazu, nawet stosując w gimbalach słynny sterownik AlexMos.

4. Zasięg i czas lotu. To jest coś, co miażdży wszystko. Aczkolwiek mam w planach kupić jeszcze jeden akumulator przed latem, bo dwa które obecnie posiadam nie wystarczają na cały dzień zdjęć. Być może latem nie będzie to problem, ale w porze zimowej wydajność akumulatorów spada dość ostro przy niskich temperaturach.

5. Zasięg. To co producent deklaruje w zasadzie pokrywa się z rzeczywistością. Udało mi się raz polecieć (choć tego nie planowałem) na ponad 1800m od miejsca startu (anteny widziały model), filmując jeden z pociągów na dystansie przeszło 2,5km  i byłem w ciężkim szoku. Powoduje to też, że można modelem operować z pewnej odległości, co daje szansę filmowania w miejscach, gdzie ciężko jest dojechać czy dojść, albo jest to niewskazane z innego względu.

6. Prędkość. Tak, można filmować z przodu jadący pociąg. Teoretycznie model może latać z prędkością do 60 km/h, w praktyce udało mi się sfilmować kilka pociągów jadących prawdopodobnie w granicach 40-50 km/h. Im jadą wolniej tym jednak lepiej.

7. Latanie nie jest też proste z paru oczywistych względów. Im niżej się leci tym lepiej. Filmowanie z wysokości powyżej kilkudziesięcu metrów nie ma sensu, bo obiekty stają się małe (obiektyw ma kąt widzenia około 90st.), dlatego najlepiej jest lecieć nisko. Gdy leci się nisko wymagana jest dokładna znajomość przeszkód terenowych, w tym obecnych wszędzie linii energetycznych, których praktycznie nie widać na podglądzie na ziemi (jakimś punktem odniesienia są słupy). Tak więc bez znajomości terenu nie ma co podchodzić do lotów, bo w najlepszym wypadku można skosić model przewodem lub skończyć na drzewie, co oznacza kilka godzin wyjętych z planu dnia na akcję ratunkową.

8. Aspekty społeczne. Choć ludzie wiedzą już czym są drony, nie są przyzwyczajeni do ich obecności. Reakcje są różne. Jedni podchodzą z entuzjazmem, zadają pytania z ciekawości, drudzy czują się obserwowani i są nerwowi. Osobiście miałem sytuację, gdzie na jednym pociągu maszynista machał do kamery i prosił aby go sfilmować, a na drugim końcu była ekipa drogowa rzucająca przekleństwami i mająca pretensje, że coś koło nich lata i filmuje ich pracę. Co ciekawe, kolega w tym samym czasie robiący zdjęcia metodą konwencjonalną nie wzbudzał zainteresowania. Podobny efekt obserwowałem dwadzieścia lat temu, gdy zaczynałem swoją przygodę z fotografowaniem LHS (pojawienie się człowieka z aparatem, wtedy jeszcze na kliszę było czymś niespotykanym). Definitywnie „latająca kamera” musi się stać się czymś oczywistym, i gdy będzie to coś normalnego gdy się przyzwyczają do obecności drona na szlaku.

Czerwiec 2016 r.

Skoro to czerwiec to i lato. Skoro lato – pora na Summer LHS Camp. Tegoroczny plener fotograficzny na LHS zajął aż 11 dni. Pogoda tego roku bardziej niż dopisała (momentami było 35 st. C w cieniu), łącznie udało się wykonać około 35 lotów i zarejestrować tyleż samo filmów.  Zanim przejdę do meritum, muszę się podzielić pewnym trendem, jaki zauważyłem. Otóż wielu znajomych kolejarzy wiedzących już, że jest nowy sprzęt „na pokładzie” oczekiwało go na szlaku. Podczas wyjazdu starałem się wykonać ujęcia nie tylko „z lotu ptaka” ale też np. tradycyjnie ze statywu (szczególnie przy gorszej pogodzie), co powodowało zdziwienie i pytania „czemu drona nie było”. Muszę przyznać, że nie spodziewałem się tak pozytywnego odbioru tego sprzętu (szczególnie po stronie zamojskiej szlaku, gdzie do tej pory kręciłem tylko starym dronem). Nieraz doprowadzało to do sytuacji gdzie nie miałem w planach latać i filmować, a zostałem o to poproszony :) Na duży plus należy więc zaliczyć, że nie było żadnych niemiłych sytuacji z tym związanych z tym faktem.

W czasie wyjazdu miałem też okazję przetestować protezę, jaką było podczepienie do aparatury 7-calowego monitora po przewodzie HDMI. Problem polega na tym, iż wyświetlacz telefonu komórkowego na którym operuję przestał być wystarczający i przydałoby się coś większego. Teoretycznie można na uchwycie aparatury zamocować tablet o rozmiarze do 9 cali, pozostaje jednak duży problem z jasnością tego rozwiązania (komórka okazała się być dość kapryśna w kwestii regulacji jasności ekranu nawet na ręcznych ustawieniach). Dlatego też wybrałem inną drogę, znaną z zastosowań profesjonalnych.

DJI umożliwia (po zakupieniu stosownego modułu) podpięcie pod aparaturę sterującą kabla HDMI, który jest źródłem obrazu z kamery w rozdzielczości HD. Można go podpiąć pod zewnętrzny monitorek, na przykład taki jakiego tradycyjnie używają modelarze FPV. Ponieważ miałem tylko sprzęt „z poprzednich czasów” mogący obsłużyć jedynie zwykły tryb  video (PAL – 768×576), podłączyłem go przez przejściówkę HDMI-Video. W zasadzie od razu było widać, iż pomimo większego wyświetlacza jakość obrazu jest gorsza (mniej szczegółów, wiele detali jest rozmytych). W terenie ta przewaga uwidoczniła się jeszcze bardziej uniemożliwiając w praktyce latanie. Ponieważ słaby kontrast i jasność wyświetlacza telefonu komórkowego już kilka razy skutecznie zatrzymywały zdjęcia, nie pozostało nic innego jak poszukać jakiegoś monitorka HD z wejściem HDMI, ale o tym później.

IMG_6688

Kolejnym wnioskiem po wyjeździe były problemy z elektrownią, czyli kwestie związane z akumulatorami. Mając już dwa, w maju zakupiłem jeszcze jeden dodatkowy (koszt jest niebagatelny, bo mimo wejścia na rynek modelu Phantom 4 ceny akumulatorów do mojej wersji stoją nadal w miejscu wynosząc 600zł za sztukę). Przed wyjazdem dodatkowo dostosowałem instalację elektryczną w aucie, gdyż standardowo gniazdo zapalniczki nie potrafiło wystawić odpowiedniej ilości prądu aby zasilić przetwornicę i ładowarkę do akumulatorów (palił się bezpiecznik). Mimo osobnej linii zasilającej, już drugiego dnia rano okazało się, że loty o poranku (było krzyżowanie 3ch pociągów) zużyły wszystkie trzy baterie. Naładować na postoju można było jedną, potem napięcie w (nowym!) akumulatorze auta spadało na tyle, że nie ryzykowałem więcej bez jazdy (mógłbym napisać, że można też było odpalić silnik na postoju powyżej minuty, ale jest to prawnie zabronione). Jeśli wziąć pod uwagę fakt, że Summer LHS Camp to wyjazd gdzie nocuje się głównie pod namiotem, sprawa ładowania ostro się komplikuje. Ostatecznie dałem jednak radę, choć bywały momenty, gdzie następna bateria ułatwiła by znacząco sprawę.

IMG_6300

Poza tymi faktami warto odnotować jeszcze jeden. Podczas wyjazdu pobiłem rekord dystansu odległości od miejsca startu. Podczas rekreacyjnego lotu na błoniach pod Zamościem udało się odlecieć na 3,5km! Nie miałem tego w planach, ale lecąc widziałem, że mam jeszcze sporo enegrii w akumulatorach, zasięg nadal był tak więc postanowiłem lecieć najdalej jak się da. Teren jest tam praktycznie równinny, same łąki i pola, co sprzyjało realizacji zadania. Podejrzewam, że gdybym był nieco wyżej (operowałem z poziomu ziemi) dystans można by jeszcze wydłużyć, ale nie to było celem tego lotu.

Podczas wyjazdu egzamin zdał też tzw. helipad. Jest to płachta płótna bannerowego zadrukowana typową (choć mojego pomysłu) grafiką miejsca lądowania dla helikopterów (charakterystyczne „H”). Oczywiście w tym przypadku mówimy o skali odpowiedniej dla drona, ale przydaje się to bardzo w miejscach gdzie jest trawiasto lub piaszczysto (podczas startu i lądowania wzbija się dużo kurzu w powietrze) i nic nie przeszkadza kamerze przy kalibracji. Szczerze polecam to rozwiązanie, można zrobić samemu zlecając wydruk jakiejś agencji reklamowej, bądź kupić gotowe w jednym ze sklepów modelarskich (którego już nie polecam bo mnie oszukali).

FacebookTwitterGoogle+Google GmailGoogle BookmarksOutlook.comPrintPrintFriendlyPodziel się