Nazywam się Lisa

Mała książka z żółtym grzbietem. Blisko 360 stron.
Zszedłem dziś do piwnicy aby jej poszukać.
Trzy potężne walizki – w każdej z nich książki i zeszyty z okresu podstawówki
i szkoły średniej. Nałkowska, Sienkiewicz, Reymont, Saint-Exupery… wielkie tytuły,
znane nazwiska przelatują mi przed oczyma… ale ja nie tego szukam…
Otwieram trzecą walizkę – jest!, leży w lewym górnym rogu.
Czuję się, jakbym conajmniej znalazł złoto. Wszak jest to złoto – esencja mojego dzieciństwa.
Otwieram ksiązkę, którą na początku podstawówki znałem na pamięć – mimo upływu lat,
do dziś pamiętam pierwsze jej zdanie:

Nazywam się Lisa.

Jestem dziewczynką, to chyba od razu widać z imienia.
Mam siedem lat i wkrótce skończę osiem. Czasem mama mówi:
- Jesteś już dużą córeczką mamy, możesz więc chyba dzisiaj
  wytrzeć naczynia...
Czasem zaś Lasse i Bosse mówią:
- Takie brzdące nie mogą się z nami bawić w Indian.
  Jesteś za mała!

Dlatego też zastanawiam się, czy właściwie jestem mała czy duża.
Jeśli jedni uważają, że jestem duża, a drudzy, że jestem mała, 
to pewno jestem w sam raz.

Lasse i Bosse to moi bracia. Lasse ma dziewięć lat, a Bosse osiem.
Lasse jest bardzo silny i umie biegać o wiele szybciej ode mnie. 
Lecz ja umiem biegać tak szybko jak Bosse. Czasem, gdy chłopcy
nie chcą, żebym szła z nimi, Lasse przytrzymuje mnie przez chwilę,
gdy tymczasem Bosse biegnie naprzód. Potem Lasse puszcza mnie
i leci jak strzała.

Siostry nie mam. To wielka szkoda. Chłopcy są tacy nieznośni!
Mieszkamy w zagrodzie, która nazywa się Środkowa.
Nazywa się tak dlatego, że leży pomiędzy dwoma innymi.
Tamte zagrody nazywają się Północna i Południowa.
Wszystkie trzy położone są obok siebie. Jak na rysunku.

To niezupełnie tak wygląda w rzeczywistości, ale to dlatego,
że nie umiem zbyt dobrze rysować. W Zagrodzie Południowej 
mieszka chłopiec, który ma na imię Olle.
Nie ma wcale rodzeństwa. Lecz bawi się z Lassem i Bossem.
Ma osiem lat i też bardzo prędko biega.
Natomiast w Zagrodzie Północnej mieszkają dziewczynki. Dwie.
Co za szczęście, że i one nie są chłopcami!
Nazywają się Britta i Anna. Britta ma dziewięć lat,
a Anna tyle co ja. Lubię obie jednakowo.
Może tylko trochę bardziej Annę.

Więcej dzieci nie ma już w Bullerbyn. Tak nazywa się ta wioska.
Jest to bardzo mała wioska, tylko trzy zagrody:
Północna, Środkowa i Południowa.
I tylko sześcioro dzieci: Lasse, Bosse i ja, Olle, Britta i Anna.

Gdy przeczytałem ten pierwszy rozdział, to aż ciśnie się na usta pomysł,
aby autorka tej książki napisała współczsną jej część – kim stały się
"Dzieci z Bullerbyn" dzisiaj.

Astrid Lindgren nie napisze już jednak żadnej książki – pisarka zmarła dziś w Sztokholmie.
Pozostała po niej twórczość przetłumaczona na kilkadziesiąt języków, a także
wspomnienia dzieciństwa wielu czytelników jej książek.
Szkoda, że nie otrzymała Literackiej Nagrody Nobla, która – zdaniem wielu –
jej się należała. Otrzymała jedynie Order Uśmiechu od polskich dzieci.
Ale chyba nie chodzi o to, aby się licytować odznaczeniami i tytułami.

Kiedy przed laty otrzymałem "Dzieci z Bullerbyn" od dziadka, pomyślałem sobie:
– Po co mi ta ksiązka?
– To lektura w szkole, przyda Ci się, weź – powiedział.
Z moją awersją do wszelkich lektur, sięgnąłem po "Dzieci", gdy przyszła na nie pora.
Może nawet zrobiłem to wcześniej z nudów – już nie pamiętam.
Efekt był piorunujący – książkę przeczytałem z dziesięć razy i jeszcze mi było mało.
Później przyszedł czas na poważniejsze "lektury" w życiu, i książka z żółtym
grzbietem powędrowała na półkę, a po kilku latach cztery kondygnacje niżej, aby spocząć
w walizce z podobnymi skarbami, bo półki wypełniły się innymi woluminami i nie było
już na niektóre pozycje miejsca.
Na zawsze została gdzieś w głębi duszy.
Nawet pamiętam, jak po przeczytaniu jednego z rozdziałów, gdzie dziweczynki puszczały między
zagrodami pocztę na sznurku, analogiczny pomysł zrealizowaliśmy z kolegą z podstawówki,
mieszkającym w bloku obok. Frajdy było co niemiara.

Dziś książka z żółtym grzbietem znów leży u mnie na biurku – przeczytam ją jeszcze raz –
kto wie, może znów coś z tego wyniknie…

Byłbym zapomniał – kiedyś wyjaśniałem znajomej, dlaczego każdy komputer ma w sieci
swoją nazwę, i powiedziałem, że następny nazwę "Lisa".
Dlaczego? Już wiecie.
Właśnie na nim (niej?) napisałem ten tekst…
😉