Kilka godzin w raju

Kiedy 18. sierpnia obudziłem się o szóstej rano w namiocie po nocy spędzonej


w bezpośrednim sąsiedztwie pola kapusty i nasypu
kolejowego, po którym w ciągu ostatnich kilku
godzin przetoczyły się ciężkie pociągi towarowe, nigdy nie podejrzewałem, że
będę miał tyle chęci, aby tu jeszcze wrócić bez obrzydzenia.
Tym bardziej po pięciogodzinnym staniu na wzgórzu obok i czekaniu na "właściwy"
plener fotograficzny w upale przekraczającym 30 st. Celsjusza.

Miejsce o którym mowa, to Wyżyna Miechowska, konkretnie małe miasteczko
Charsznica, położone w połowie drogi między Kielcami a Katowicami.
Ci co jeżdżą z Łodzi do Krakowa pociągiem "Reymont" pewnie nie zdawali sobie
sprawy, że byli na Wyżynie Miechowskiej, niedaleko Charsznicy, Uniejowa, Kępia
i w Kozłowie. To mniej-więcej w momencie, w którym pociąg przejeżdża przez tunel.

Na Wyżynę Miechowską wróciłem już po dwóch tygodniach od tamtej nocy. Tym razem
tylko, przejazdem, ale zmieniło to zupełnie moje spojrzenie na tamto miejsce.
Przysłowia mądrością narodu – tym razem również potwierdziło się powiedzenie,
że za każdym razem można odkryć coś nowego. W Charsznicy byłem w tym roku już czwarty
raz, a może nawet i piąty. Żelazne szlaki twardo ciągną, nie tylko mnie, ale również
kolegów, którzy ze mną wybrali się na tę dwudniową eskapadę (byliśmy już po jednym dniu).
Na początku wizyta w miejscowej knajpce, i po posiłku marsz na szeroki tor.
Po jakichś dwóch godzinach zatrzymaliśmy się na jednym z wiaduktów, okalonych
pagórkami. Słoneczne popołudnie, wokół drogi i rozsiane budynki, poprzeciane polami
i dwiema liniami kolejowymi.



Wiadukt – potężny betonowy odlew, symbol czasów, gdy
budowano dla idei robi za skrzyżowanie asfaltowej drogi i żelaznego szlaku…
Nie tylko…
Jest też miejscem spotkań.
W małych społecznościach ludzie gromadzą się z reguły w centralnym punkcie miasta
jakim jest rynek, albo inne miejsca. Tutejsza miejscowość, o swojsko dla Łodzian
brzmiącej nazwie Uniejów, to tak naprawdę trzy wioski rozrzucone między pagórkami.
Rynku nie ma, do najbliższej stacji* (Tunel) troche za daleko, więc wiadukt robi
za punkt widokowy i miejsce spotkań.



Do Uniejowa wróciłem miesiąc później. Z nieukrywaną radością, bo i widoki
już typowo jesienne – senna kolorystyka pól poprzecinana kolorowymi drzewami,
majaczącymi się domami, i liniami energetycznymi, w zasadzie jedynymi
poza drogami i liniami kolejowymi śladami cywilizacji tutaj.
Dla człowieka na codzień żyjącego w dużym mieście miejsce wolne od hałasu
i zgiełku zdaje się być rajem. Tym większa radość, gdy można bezpośrednio
obcować z naturą, widać chodzące skrajem lasu sarny i jelenie, kicające
po polach zające… Lublinek tego mi nie da.

Spokój przerywa co jakiś czas tembr i łoskot przejeżdzających pociągów,
przetaczających się po wzgórzach jak małe gąsiennice. Po chwili znów rozdzierająca cisza.
Ciepły, słoneczny dzień, zupełnie jak rok temu, gdy idąc z Sędziszowa po żelaznym szlaku zszedłem
na biegnącą za zaroślami drogę gruntową. Szok wywołały zielone pola ciągnące się po horyzont.
Żywej duszy w promieniu paru kilometrów. Tak samo i teraz.

Po miesiącu wróciliśmy na ów wiadukt, tak jak od czterech lat spotykam się
ze znajomymi i przyjeżdżamy tu co roku. Nie minęło pół godziny, a wzbudziliśmy
zainteresowanie miejscowych. Paru chłopa, siedzących na wiadukcie i czekających
na pociągi, które się tu nie zatrzymują… ba, tu nawet nie jeżdżą pociągi pasażerskie.
Po zardzewiałym torze obok w ogóle nic nie jeździ – urywa się kilkaset metrów dalej.
Wybudowano go w niewiadomym celu i nie wiadomo po co… w zasadzie nigdy tego nie skończono.

Wizyta tutejszego kwiatu płci pięknej (i tak będzie, że leję wodę 🙂
budzi po raz kolejny pytania dlaczego to miejsce jest tak daleko od Łodzi.
Cóż, przyjemność obcowania z pięknem kosztuje… gdyby było blisko, pewnie
bym tego nie docenił. Spokój tym razem przerywa starsza młodzież urządzająca
libację w maluchu koło wiaduktu. Niewątpliwie akcenty znane ze środowisk wielkomiejskich
też tu występują – "palenie" opon, czy brawurowe przejazdy samochodem.
Zagadnięte dziewczyny wstydzą się podejść (dopiero po 2h godzinach się udało je namówić :),
generalna zasada ograniczonego zaufania do obcych obowiązuje. Po jedną przyjeżdża po jakimś
czasie ojciec – co mu się dziwić, na jego miejscu też bym pilnował swojej córki…
Fascynujące…

Czas w takich miejscach biegnie dość szybko – kilka minut po siedemnastej ruszamy w drogę
powrotną, tak, aby na dziewiętnastą znaleźć się w Kozłowie po drugiej stronie wzgórza.
Tylko tu i w odległym o kilka km Miechowie zatrzymuje się jedyny bezpośredni pociąg
do Łodzi. Do zachodu słońca praktycznie idę w koszuli, później robi się zimniej.
Ciekawostka, bo na ten dzień zapowiadano tylko 12 st. C.

Wstąpiliśmy z kolegą do pobliskiego baru napić się mineralnej.
W środku żywej duszy oprócz człowieka obsługującego ten przybytek.
Odnosłem dziwne wrażenie, że byliśmy tego dnia pierwszymi klientami, i pewnie
ostatnimi… to chyba domena tego miejsca – pojawienie się nas na polach obok LHS
też spowodowało zainteresowanie. Nawet patrol SOK przyjechał specjalnie kilka km,
żeby sprawdzić co za jedni przyszli, bo normalnie się tu żywa dusza nie pokazuje…
Wracając do Kozłowa – co kilka minut słychać ryk przejeżdżającego pociągu,
a to ekspres do Krakowa, a to towarowy zatrzymujący się z hukiem na bocznym torze…
…a to towarowy po LHS biegnącej łukiem polami…
Prawie zawsze jak wyjeżdżałem do Łodzi równocześnie z wjazdem Reymonta toczyło się coś
po LHS… dziś odstępstwo od reguły, ale można to określić pożegnaniem zgodnie z zasadami.
19:26. Wjeżdża pospieszny do Łodzi Fabrycznej. Wysiada sporo ludzi… wsiada tylko dwójka,
ja i mój kolega. Następny przystanek dopiero w Tomaszowie Mazowieckim…

Następny wyjazd do raju pewnie w grudniu… albo już niedługo.
Trzeba naładować baterie zdarte w wielkim mieście…

* – w niektórych miejscowościach miejscem spotkań lokalnych społeczności jest stacja kolejowa.
Tak jest m.in. w Zawadzie na Zamojszczyźnie.