Jak zostać inżynierem…

Sprawa jest prosta, i można to zrobić na kilka sposobów.

Sposób I (dla leniwych i majętnych):
Przejść się na Górniak w Łodzi, odnaleźć właściwe osoby i po wyłożeniu
"niewielkiej" sumy kilku tysięcy złotych stać się szczęśliwym posiadaczem
dyplomu dowolnie wybranej uczelni w naszym kraju.

Sposób II (dla mniej leniwych i mniej majętnych):
Zrobić samemu taki dyplom przy użyciu ogólnie dostępnych technik
i ogólnie dostępnych urządzeń, takich jak drukarki laserowe, itp..

Sposób III (hardcore):
Należy przejść przez tryb nauczania jednej z wybranych uczelni wyższych w naszym kraju.

Jak się nietrudno domyślić, jako uczciwy podatnik (płacący nieuczciwe podatki),
wybrałem wariant III i w ubiegłym wieku poszedłem na studia inżynierskie na jednej
z uczelni informatycznych w Łodzi. Droga przez mękę została uwieńczona sukcesem,
i oto po 3.5 letnim cyklu nauki stałem się inżynierem, tak intratnego i
szerokopojętego zawodu, jakim jest informatyka.
Poniżej krótki przewodnik dla tych, którzy kończą i nie wiedzą jak to się robi.

Środa, 19. lutego.
Oddaję brudnopis pracy promotorowi. Ma być sprawdzony na następny dzień.
O tak ekspresowej sytuacji mogłem tylko marzyć.
Z tego co słyszałem, część roku już oddała brudnopisy, ktoś się juz zdążył
obronić, a paru jeszcze nie zaczęło pisać pracy 🙂

Czwartek, 20. lutego
Praca jest sprawdzona, brakuje tylko opisu jaki jest jej zakres i cel.
Jak zwykle zadziałała moja skleroza.
Część osób z mojej grupy już oddaje oprawione prace, podobno trzeba zrobić 2 szt..
Szybko jednak się okazuje, iż dziekanat oczekuje 3ch sztuk pracy - dla promotora, recenzenta
i dziekana (tudzież do biblioteki)... Po błogosławieństwie otrzymanym od promotora
wędruję do tego miejsca, chyba bliskiemu każdemu studentowi.
Człowiek stojący przedemną (będący dziś już drugi czy trzeci raz
w dziekanacie) tłumaczy pani w okienku,
że oddaje dwie prace, bo promotor trzecią już otrzymał - słowa te
jednak zdają się być niesłyszalne za szybką. To, że promotor otrzymal
pracę w formie elektronicznej, raczej nie jest przekonujące,
choć w regulaminie realizacji prac dyplomowych nie jest wyraźnie opisane
w jakim formacie ma być przekazana praca (w końcu studiuję na uczelni informatycznej,
więc forma elektroniczna powinna być tym bardziej dopuszczalna).
Co więcej, jak wół stoi napisane, że
praca ma być oddana w 2ch egzemplarzach. Studenta odprawiono z kwitkiem.

Przychodzi kolej na mnie:
- dzień dobry,
- zależy dla kogo... brzęczy stojący obok gość, który odbiera dyplom inżyniera.
Przy okazji widzę jaki stosik dokumentów należy zabrać, żeby się ostatecznie
pożegnać z uczelnią: dowód osobisty, legitymację studencką, indeks...

 
Oddaję swój indeks z ostatnimi możliwymi wpisami - prawem patentowym,
seminarium i laboratorium dyplomowym.
Dowiaduje się jakie "myto" muszę jeszcze przelać na konto uczelni - wychodzi 50 PLN
za dyplom (plus ew. 100 PLN za wersje angielska, shit...), i połowę czesnego (170 PLN)
zdaje się za egzamin. Do tego trzeba mieć uregulowane czesne za luty i marzec,
w którym praktycznie już nie ma żadnego semestru.
W międzyczasie dwie dziewczyny oddają po 2szt. swoich prac i odbywa się to bez zgrzytów.
Feminizm? Już wiem, do którego okienka nie podchodzić, tym bardziej, że dziewczyna z drugiej
strony zdradza objawy jakby miała zły dzień.
 
Promotor pyta się, kiedy chciałbym mieć egzamin - biorę pierwszy
wolny termin, czyli 4 marca. Gotową pracę mam oddać na sobotę, czyli za niecałe 48h.
Wychodzi więc na to, że muszę ją skończyć i wydrukować dziś wieczorem.
Nie wiem jak się z tym wyrobię, nie zaprojektowałem jeszcze menu
do CDROMu zalaczonego do pracy. Ehhh...
Ostatecznie robię pracę w 4 szt. - tą czwartą dla siebie. Poszło 3/4 ryzy papieru.

Piątek, 21. lutego
Ranem zjawiam się w zakładzie introligatorskim - tym samym, w którym oprawiałem
prawie cztery lata temu pracę dyplomową do technikum. Moje obawy o to, czy da się
oprawić pracę jeszcze zostają szybko rozwiane:
- normalka, nie jest pan pierwszy...
 
Piętnasta. Do kosztów ogólnych pracy doszło 80 PLN - za oprawę tych 4ch
prac, które właśnie odbieram.
Na tramwaj czekam z 1/2h, bo przez miasto przejeżdża kawalkada samochodów
z premierami: Millerem i Kasjanowem (ru) i policja zablokowała pół miasta.

Sobota, 22. lutego
Wstaję wcześnie rano, żeby skończyć to CD. Zmiana wersji programu dyplomowego
z 0.9.5 na 1.0.0 i obiekcje czy na ten numer wersji zasługuje.
Jadę na uczelnię i pokazuję efekty ostatnich 48h promotorowi:
- proszę oddać pracę do dziekanatu.
Wyrabiam kartę obiegową - dokument "a must be" każdego dyplomanta.
Z tą kartą trzeba powędrować we wszytkie możliwe miejsca, gdzie uczelnia byłaby
stratna, w przypadku, gdybym był coś winny. Najważniejszym okazuje się być
stempel z kwestury (zawsze się zastanawiałem na co kwestują), i po jego otrzymaniu
mam się pokazać w dziekanacie i wtedy będą mi wyrabiać dokumenty do egzaminu.
W okienku obok, obsługiwanym przez wiadomą osobę, kolejny student ujawnia
zły dzień obsługującej dziewczyny. Dobrze, że uśmiecham się do innego okienka
i spotykam się z życzliwością.
Czas zbierać stempelki i podpisy na karcie obiegowej.
Podpis "pracę oddano 22.02.2003" jest powodem do dumy.
Następny przystanek: biblioteka, w której jestem po raz drugi w życiu:
- wypożyczał pan coś? - pyta sympatyczny pan zza biurka.
- nie...
- proszę jeszcze to wypełnić - podaje kartkę.
Tym czymś jest informacja o tym, czy treść mojej pracy ma być udostępniana
w bibliotece, itp sprawy. Wypełniam, oddaję i formalności w bibliotece za mną - jeden stempel juz mam.

Czwartek, 27. lutego.
Ostatnia wizyta u promotora przed egzaminem. Ten ma się zacząć o trzynastej we wtorek.
Idę do kwestury po ten ich najważniejszy stempel. W przerwie między jednym a drugim pączkiem
(dziś tłusty czwartek) pani z pokoju obok informuje mnie, żebym przyszedł dopiero o trzynastej, bo od tej godziny
odbywa się obsługa studentów. Cóż, nie dość, że mam na starość sklerozę, to jeszcze kłopoty
ze wzrokiem - nie dojrzałem kartki wiszącej na drzwiach.
 
W końcu trzynasta. Stempla nie dostanę - wpłaty jeszcze nie są zaksięgowane ("robimy to
raz w miesiącu"), mam się zgłosić z rachunkami wpłat w sobotę. Podobno nie ja jeden.
Po raz kolejny się zastanawiam, jak w dobie homebankingu tudzież e-bankingu nie można
online sprawdzić salda konta i wpłat jakie wpłynęły. Cóż, zarobiłem przynajmniej podpis
promotora na karcie obiegowej. Zawsze jeden mniej.

Sobota, 1. marca.
Przyszedłem z rachunkami (do lutego wstecz :), mam stempel 🙂
Teraz dziekanat. Tylko nie to okienko, ufff...
TC: - chciałbym pokazać kartę obiegową...
- ooo, pamiętam, że mialam pana na liscie a właśnie karty nie bylo... kiedy ma pan egzamin?
TC: - czwartego, w ten wtorek
[tu pada na mnie wzrok, który mógłby zabijać]
TC: - miałem kłopoty z kwesturą, bo nie odnotowali wpłat i musiałem się z rachunkami
pokazać - robię minę a'la Shrek i na usprawiedliwienie pokazuję teczkę z kwitami.
- ale już ma pan wszystko załatwione?
TC: - tak.

Wtorek, 4 marca.
Zgodnie z przewidywaniami, od rana chodzę lekko zamotany. Organizm dał mi tym razem
spokój, i obyło się bez częstych wycieczek do WC celem awaryjnego zrzutu zawartości
przewodu pokarmowego.
Wystarczyło uruchomić Gadu-Gadu, żeby wysypały się okienka z życzeniami powodzenia
od znajomych, nierzadko zostawione w środku nocy. Super są ci ludzie, jakoś lżej
mi się od razu na sercu się zrobiło.

 
Na uczelnię wchodzę intonując z kolegą marsz żałobny. Powaga sytuacji, wymaga w końcu tego,
aby ją rozładować.
 
Dwunasta. Pozostała tylko godzina do egzaminu. Większość
promowanych spięta.
Dwie dziewczyny przyjechały z chłopakami - mają dobrze, jest sie do kogo przytulić
i poczuć się bezpieczniej. Jak zwykle trwają spekulacje kto będzie w komisji,
i kto wejdzie pierwszy, a kto ostatni. Decyduje się na wejście jako ostatni.
Zwyczaj stary - pamiętam, jak w technikum miałem wejść jako pierwszy, a wyszedłem
jako ostatni ze łzami w oczach. Wywołało to szok u zgromadzonych na holu - byłem
traktowany w końcu jako "pewniak"...
- co jest, nie zdałeś? - zapytała mnie wychowawczyni...
- nie, zdałem - odpowiedziałem.
- co ci postawili?
- szóstkę...
- to czemu płaczesz? - pojawiło się ponownie...
- ze wzruszenia - odpowiedziałem.
 
Tak było wtedy, teraz nerwowo staram się przygotować i przejrzeć notatki.
Nic z tego - nie da rady.
Trzynasta. Zbiera się komisja. Jeden ze studentów przyniósł z dziekanatu
nasze prace i indeksy z wyliczoną średnią. Mam przejąć te prace i zanieść
na salę egzaminacyjną - jako, że mój indeks leży na wierzchu, widzę jaką
średnią mi wyliczyli. Coś powyżej 4 o ile dobrze pamiętam.
Pierwsza ofiara jest już maglowana przez komisję. Po mimo obecności
komputera na sali egzaminacyjnej nie będzie można w sposób praktyczny
zaprezentowac pracy - zresztą, gdyby nawet kompa nie było,
to wziąłem go ze sobą. Szkoda, bo opowiadanie o programie, który napisałem
do pracy tak bez pokazywania go na ekranie to trochę sprzedawanie kota w worku.
Promotor daje mi do zrozumienia, że i tak bym się w ustawowych 10 min.
nie wyrobił z prezentacją. Może ma rację.
Wychodzi Agnieszka - pierwsza egzaminowana - ma poczekać chwilę
i zostanie poproszona na ogłoszenie wyniku. Z tego co mówi, wynika, że
należałoby natychmiast uciec, i nie wchodzić na salę. Fakt, dziewczyny
to bardziej przeżywają niż ja, czy kolega z którym jesteśmy rodzynkami
w grupie podchodzącej do egzaminu.
Następna osoba poszła, staram się czymś zając - na tablicy umieszczonej w holu wiszą kartki
z wynikami z egzaminów młodszych roczników. Lektura wyników z fizyki
daje ciekawe wnioski:
"...doświadczenia dowodzą, że wynik końcowy, na ocenie
z dyplomu można wyliczyć z poniższego wzoru:

dyplom =~ srednia(mat.+fiz.)+1

Warto sprawdzić."

Wychodzi mi 5, sprawdzimy 🙂
Dostaję sms od znajomej - ponoć trzyma kciuki, choć twierdzi, że to
w moim przypadku nie jest potrzebne - rewelacja, ciekawe co będzie, jak nie zdam.
Czternasta.
- pan Tomasz Cieeee.... mnoczułowski - wymówione w tonie
"jak brzmiało dokładnie to nazwisko?" pada z ust jednego z członków
komisji i jestem zaproszony do środka jako czwarty.
Nie będę Wam opisywał jak przebiega egzamin, bo to chyba nie ma sensu
- to trzeba przeżyć. Zgodnie z radami koleżanek omijam kontakt wmontowany w podłogę,
co daje mi możliwość dalszego posiadania wszystkich kończyn na swoim miejscu.
 
- co tak długo? - pada z ust ludzi czekających na korytarzu, gdy wychodzę.
Patrzę na zegarek, faktycznie długo mnie maglowali - 23 minuty - najdłużej ze wszystkich...
albo ja się tyle rozgadałem. Może to przez te dywagacje czy można osiągnąc prędkość wyższą
od prędkości światła - prawa fizyki mówią, że nie, ale ostatecznie przewodnicząca
komisji stwierdziła, że nie wiadomo czy kilka najbliższych lat nie przyniesie czegoś
w kierunku osiągania wyższych prędkości. W każdym razie na pewno nie była to jedyna
moja wpadka na egzaminie, ale chyba nieźle mi to wyszło.
- gratuluję, zdał pan na ocenę bardzo dobrą - pada z ust przewodniczącej
komisji, gdy zjawiam się ponownie - wystąpimy do Rady Wydziału o nadanie panu
tytułu inżyniera informatyka.
Tak więc profesor z fizyki miał rację... jego wzór na ocenę dyplomową się sprawdził
w moim przypadku. Uściski i gratulacje, nawet z rąk dziekana, który przyszedł
na chwilę, obserwować egzamin. Jakże miło.
- Koniec jazdy - oznajmiam wychodząc reszcie grupy, i wchodzi następna osoba.
Kwiaty dla promotora, ostatnie podziękowania i pożegnanie...

Z uczelni pojechałem… do pracy, jak zwykle coś naprawić. Szok i zainteresowanie
wśród pracowników (asystentka prezesa zawiesiła się na 5 sekund :), gdy pokazałem
się w garniturze. Kiedyś znajoma powiedziała, że w tej konfiguracji (ja plus garnitur)
działam obezwładniająco. Z jednej strony szkoda, że rzadko chodzę pod krawatem,
z drugiej chyba musiałbym odwieszać nie tylko komputery… 🙂

Środa, 5. marca
Formalności ciąg dalszy – należy zanieść do dziekanatu 5 zdjęć w formacie 6.5×4.5 cm.
Jak nietrudno się domyślić, na pewno nie miałem takowych na składzie.
Wygrzebałem więc negatyw zdjęcia legitymacyjnego (taka fajna klisza, inna niż
te do aparatów małoobrazkowych), i poszedłem do labu celem wyrobienia sobie odbitek.
Fotograf, u którego zawsze robiłem odbitki z tego negatywu, mieścił się na tyłach pawilonu
przy Armii Krajowej. Gdy przybyłem na miejsce, zastałem w tym miejscu ubitą ziemię.
Pawilon spłonął kilka lat temu, tylko wydawało mi się, że to wtedy inna część się paliła.
Nieważne, nie ma fotografa!
Zdeterminowany chęcią szybkiego dostarczenia zdjęć do dyplomu, wszcząłem poszukiwania.
Obejście tutejszych pawilonów i ryneczku nie dało rezultatów. Dopiero, gdy poszedłem w stronę
dawnego Urzędu Paszportowego (dziś komisariat policji), zauważyłem szyld zakładu fotgoraficznego,
gdzie się udałem. Po wejściu i wyłożeniu sprawy, uprzejma pani zza lady poinformowała mnie,
że raczej tą techniką, to już nigdzie odbitki nie zrobię. Na moje pytanie, czy nie orietuje się
w losach fotografa ze spalonego pawilonu nie potrafiła jednoznacznie odpowiedzieć. "Może pan poszukać
na Retkini, może się znajdzie…" – powiedziała. Tak też postanowiłem zrobić, przywiązany
do mojego negatywu. Przy okazji dowiedziałem się, że za nowe zdjęcia zapłąciłbym 25 PLN (5 szt).
Jakież było moje zdziwienie, gdy po wyjściu z owego labu i wykonaniu niecałych dwudziestu kroków
nadziałem się na kolejny zakład fotograficzny, nota bene mieszczący się w tym samym wieżowcu.
Jeszcze większe zdziwienie spowodował widok znajomego biurka i atelier wewnątrz.
Ucieszyłem się jak mała dziewczynka (coś za często mi się ostatnio to zdarza – pewnie hormony).
Po wyjęciu negatywu, zagadnąłem panią fotograf ("jakie stare zdjęcie!" – chyba robiłem
je do dowodu 6 lat temu; jedyne na którym sensownie wyglądam, dlatego nie zdecydowałem
się na nowe zdjęcia) przedstawiając historię mojego poszukiwania i "uprzejmość"
konkurencyjnego zakładu obok (dla zainteresowanych – lab konkurencji to ten z prawej,
patrząc w stronę wieżowca, stojąc przed nim). Sąsiedzi zostali skwitowani krótko i treściwie,
za odbitki zapłaciłem 25 PLN, i miały być do odebrania w piątek.

Piątek, 7. marca
Zdjęcia odebrałem, przyjechałem na uczelnię, żeby je oddać. Wcześniej należy
je opisać (imie i nazwisko, numer indeksu). Przed dziekanatem gwarno – młodszy rocznik wymienia poglądy. Podchodzę
do sobie znanego "dobrego" okienka i podaję zdjęcia:
– dzień dobry, chciałbym oddać zdjęcia do dyplomu.
– opisane?
– tak.
– pan się już obronił? – pada pytanie.
– tak – odpowiadam.
Nie wiem czy to przypadek, ale w tym momencie zapada cisza na korytarzu.
Chyba absolwenta nie widzieli 🙂

Piątek, 5. września
Po wizycie w WKU:
P: – Skąd pan wie, że jest przeniesiony do rezerwy?
TC: – wczoraj dzwoniłem.
P: – ahaaa, pan Ciemnoczułowski… eeee no taaak…
🙂
…i uzyskaniu jedynie słusznego stempla w rubryce "przeniesiony do rezerwy",
udałem się na uczelnię celem odebrania dyplomu i złożenia dokumentów na uzupełniające
studia magisterskie (niestety zaoczne, jak człowiek chce się w życiu realizować zawodowo,
to nie da rady inaczej).
13:05. Dziekanat. Zaczęło się… zdanie legitymacji (podobno się ją zwykle gubi,
ale ja jestem chyba zbyt uczciwy 🙂 postawienie podpisu w dwudziestu i jeden miejscach,
odbiór indeksu (!) i jednej fotogafii, świadectwa dojrzałości, no i dyplomu w cielęcej
skórce plus odpisów na kredowym papierze. Stosunek wielkości zdjęcia do reszty poraża.
Urgh… później się będę przyglądać, teraz pora na podanie na magisterskie – z tym poszło
gładziej. Jeszcze cyrograf (tzw. kontrakt) do podpisania i jestem wolny.

Tak się właśnie robi dyplom inżyniera. Legalnie.
Zresztą co tu dużo pisać – wiedza jest naszą twierdzą – im więcej wiemy,
tym trudniej nas pokonać – życie, pracodawcy i osprzęt informatyczny ten dyplom zweryfikują w praktyce.

Share